To jasne: w musicalu chodzi o muzykę. O popisy wokalne i taneczne. Nie da się jednak zrobić musicalu bez tekstu. Nawet w widowisku prawie zupełnie pozbawionym fabuły, jak choćby Cats, aktorzy muszą dostać słowa do wyśpiewania. Warstwa tekstowa jest tu równoprawnym budulcem, a jej jakość przekłada się bezpośrednio na jakość całego dzieła.

W wielu kulturach tradycyjnych – od starożytnego Lewantu po współczesną wieś polską – słowo i muzyka były ze sobą nierozerwalnie związane, przy czym to słowo miało status nadrzędny, bo przekazywało ważną treść: historię społeczności czy mity objaśniające świat. Melodia pomagała uporządkować tekst i ułatwić zapamiętanie go. W rzeczywistości, w której nie używa się pisma – w której funkcjonuje jedynie przekaz ustny – słowo śpiewane to jedno z najważniejszych narzędzi pozwalających zachować wiedzę i tradycję kolejnych pokoleń.

Dziś śpiew jest przede wszystkim rodzajem rozrywki. Pieśń zdewaluowała się do piosenki. Słowo pełni w niej rolę służebną wobec muzyki. O ile mnie pamięć nie myli, to Bernie Taupin – tekściarz Eltona Johna – powiedział, że ludzie najpierw zwracają uwagę na melodię, a dopiero gdy ta im się spodoba, przysłuchują się tekstowi. I choć cenię muzykę równie wysoko jak poezję, myślę, że obserwowana obecnie dominacja tej pierwszej przyczyniła się do degresji tekstu, tekściarstwa i przekładu piosenek. Problem dotyczy głównie muzyki rozrywkowej, ale musical podlega podobnym mechanizmom. W branży muzyki popularnej rozpowszechniło się przekonanie, że „pisać każdy może” (wręcz oczekuje się od wokalisty, że będzie sam komponował i tworzył teksty do swojego repertuaru), zaś tłumaczyć dla teatru może każdy, kto tylko zna język obcy. W efekcie rodzą się coraz mniej kunsztowne teksty i przekłady piosenek – pozbawione puenty, oryginalnych metafor i rymów, niechlujne stylistycznie, a czasem wręcz niepoprawne językowo. A ponieważ odbiorcy to „łykają”, twórcom brak motywacji, by podnieść poziom – i tak zamyka się błędne koło bylejakości. W musicalach jest nieco lepiej niż w popie, bo od tekstu pisanego dla sceny wymaga się, by przekazywał jakąś treść i rozwijał lub przynajmniej objaśniał akcję, a zatem nie może on być zlepkiem niezrozumiałych, przypadkowych zdań. Ale już poziom literacki songów z musicali bywa różny. Zdarzają się też mniej lub bardziej spektakularne pomyłki tłumaczy, na które mało kto zwraca uwagę, o ile ogólny sens utworu został zachowany. Skąd ta powszechna zgoda na bylejakość? Prawdopodobnie wynika ona z przekonania, że rozrywka (filmowa, teatralna czy muzyczna) już z definicji jest nieistotna, błaha i mało wartościowa.

Dlaczego zwykły widz ma przejmować się wartością artystyczną tekstu i jakością przekładu? Czy nie chodzi przede wszystkim o to, żeby zrozumieć fabułę?

Oryginalnych polskich musicali jest jak na lekarstwo. Większość musicali, które goszczą w naszych kinach i teatrach, to towar z importu, czyli materiał tłumaczony. Oto trzy powody, dla których nie należy ignorować jakości przekładu:

  1. Źle wykonane tłumaczenie może doprowadzić do zniekształcenia dzieła, czyli np. do błędnego zrozumienia elementów fabuły. O tym, jakie bywają skutki błędu tłumacza, pisałam w pierwszej części artykułu Tłumaczenie ma znaczenie.
  2. Nieudolne tłumaczenie może odrzeć dzieło z jego bogactwa znaczeniowego i negatywnie wpłynąć na komunikatywność tekstu. Im gorszy jest przekład, tym więcej zostaje w nim „zagubione”. Widz może stracić rozmaite niuanse, dwuznaczności, odwołania do innych dzieł itp. Płaci za bilet na dzieło X, a dostaje Prawie-X. Dla świadomego konsumenta to rozczarowujące.
  3. Kiepski przekład może dać odbiorcy mylne pojęcie o wartości literackiej (artystycznej) oryginału. Ponoć jednym z powodów porażki Metra na Broadwayu był niedoskonały angielski przekład. Znany recenzent Frank Rich zarzucił językowi Metra zbyt niski rejestr, nazywając angielszczyznę libretta „mniej niż potoczną” („The New York Times” 17.04.1992). Siostry Miklaszewskie napisały dobre poetyckie teksty, ale amerykańscy widzowie nie mieli szansy się o tym przekonać, bo pokazano im inną – moim zdaniem gorszą – wersję musicalu Metro.

Studio Buffo Metro (1)
Zły przekład prawdopodobnie przyczynił się do klapy Metra na Broadwayu

Po co oczekiwać od rozrywki, by była wysokiej jakości?

Tak, musical to tylko rozrywka, ale nawet prosty „odmóżdżacz” nie musi uwłaczać dobremu gustowi i inteligencji odbiorcy. Moda na sukces i Doktor House to dwa seriale stworzone w celach czysto rozrywkowych, jednak jakość ich fabuły i dialogów jest nieporównywalna. W żadnej dziedzinie, nawet (a może zwłaszcza) w rozrywce nie warto tolerować miernoty i dyletanctwa, bo zgodnie z prawami rynku im więcej tandety konsumujemy, tym więcej będzie się jej dla nas produkować i coraz trudniej będzie znaleźć dla odmiany rzecz zrobioną z polotem. A, jak mawiał Bogusław Kaczyński, życie jest zbyt krótkie, by tracić czas na sztukę nienajwyższej próby.

Kiepskie tłumaczenia się zdarzają. Co można na to poradzić?

Niejeden zagraniczny musical doczekał się świetnego przekładu na język polski. Ale jest też wiele tłumaczeń przeciętnych lub po prostu kiepskich. Co zwykły widz, recenzent albo bloger teatralny może zrobić, aby dobrych tłumaczeń było więcej? Po prostu zwracać na nie uwagę. Głośno krytykować źle spolszczone teksty. Chwalić tłumaczy, którzy potrafią wydobyć całą finezję i poezję oryginału. Oczekiwać od teatrów otwartych konkursów na przekład. Skoro aktorów wybiera się w castingach i jest to powszechnie uznana metoda wyławiania najlepszych z najlepszych, dlaczego nie stosować podobnej praktyki przy wyborze tekstów, które będą padać z ich ust? Nie mniej ważne od tego, jak aktor śpiewa, jest – co śpiewa.

30 grudnia 2018